think-twice blog

Twój nowy blog

#uczucie

Brak komentarzy

Jest taki rodzaj uczucia, które Cię dopada gdy widzisz swojego ex na aktualnych zdjęciach z kimś innym. Z kimś kto w naturalny sposób Cię zastąpił. Zastąpił, bo to Ty kiedyś powiedziałeś ‘koniec’.

Ty jesteś sam i od momentu rozstania nieudolnie próbujesz znaleźć sobie kogoś kto Cię pokocha.

Minął rok.

Jesteś szczęśliwy. Masz wiele. Masz siebie i kilku ludzi, dla których jesteś ważny. Trochę planów i pomysłów i poczucie, że czasem robisz coś fajnego. I… cieszysz się z tego, że on już. Bo jest tego warty, bo ktoś docenił to czego kiedyś nie doceniłeś Ty.

Cieszysz się, ale… jest takie uczucie.
I może nie trzeba nadawać mu żadnej nazwy.

Na Ciebie przecież też przyjdzie w końcu czas.
Na pewno.

Byłem dziś u pierdolożki.
Porozmawiać o problemie.
Z mężczyznami. Ze sobą.

I z alkoholem chyba też.

Opowiadam, opowiadam. Pani na mnie nie patrzy, stuk stuk w komputerze. Notuje. W głowie myśl, pewnie pisze tak „Boże, co za pierdolnięty koleś, a muszę z nim spędzić jeszcze dobre 20min. Noo nic… stuk stuk przecinek kropka. Coś tam sobie popiszę, niech myśli, że to piszę jakieś mądre rzeczy. Jeszcze 18min, jak ja to wytrzymam?!”.

Zanotowała i mówi tak: „To co, może psychoterapia?”
Psychotropoterapia najlepiej.
Chciałem wyjść, na psychoterapię i tak nie ma dla mnie czasu. Przynajmniej do końca roku. Do końca roku będzie nie patrzeć na innych ludzi, i stukać w komputerze.

W środku bardzo mocno chcę już poznać kogoś nowego, na już, na wczoraj… walczę ze sobą, o swoją godność, o siebie. O nie gonienie za króliczkiem, którego i tak nie dogonię pewnie. Bo nie jestem gotów.

Tuż po rozstaniu z A., napisałem do M. A może nawet chwilę przed przeczuwając co się dzieje. Co się stanie? Stało się. Nie mogło być inaczej.

M. po raz kolejny przesuwa pierwsze spotkanie. Bez przepraszam. Nie komentuje sprawy. Zapomniał. Kłamie, że zostawił telefon w pracy, a na komórkę dostałem potwierdzenia przeczytania i jednego i drugiego smsa.

Chyba czas mieć wyjebane. I wcale nie liczę na to, że będzie mi dane.
Nie chcę.

Muszę nauczyć się nie potrzebować.
Chyba… a to wcale nie jest łatwe.

Ciąg

Brak komentarzy

Jak narkoman.

Wiem, że nie mogę. Że to bardzo zła droga jest. Że najprostsze wyjście jak zawsze zakończy się totalną porażką. Że wracając do nawyku, który niszczy… zniszczysz.

I znów tak było. Miło. Było. Ale się skończyło. Miesiąc. Tyle dokładnie potrzebowałem żeby zniechęcić do siebie kolejną osobę.

Nie mogę na Ciebie patrzeć. Nie potrafię już na Ciebie spojrzeć tak jak wcześniej.

 

I.

Żegnaj.

 

I ja też już na siebie patrzeć nie mogę.

I znów zostałem sam i znów mnie ssie od środka i wyrywa mi się serce. Bo ja chcę jeszcze. Bo ja chcę więcej. I po raz kolejny ‚cześć, nie odzywałem się chwilę. może chciałbyś się spotkać?”. Chciał.

Dziś przesunąłem. Na… nie wiem kiedy. Może wtedy gdy będę już gotowy? A będę kiedyś?

Porządek muszę w sobie zrobić.

W środku.

KO NIE CZNIE!

 

Bo jak narkoman, wiem, że to co zrobię będzie początkiem kolejnego końca. Ale łatwiej tak… bo choć chwilę będziesz szczęśliwszym.

Będziesz?

Zatrzymałem się. Refleksja się wynurza, wylewa, wypływa.
Nie jest dla mnie zbyt korzystna.

Wynika z niej bowiem, że…

NIE SZANUJĘ LUDZI!

Słabe to jest.
Bardzo.

I myślac, z czego to wynikać może dochodzę do wniosku, że… malutki jestem jednak. Niepewny siebie. Spragniony prawdziwej, szalonej miłości. Bez półśrodków takiej. Z rycerzem. Który o mnie walczył będzie. Takim z koniem białym. Dużym. Jednak. To nowe odkrycie jest. Wychowany na filmach przyrodniczo-pornograficznych rozbudziłem w sobie jakieś takie smaki. Takie na wyrost. Takich, że niewiele mi procest populacji zostaje do wyboru.

I chciałbym jeszcze żeby ktoś za mną biegał. Szalał. Zagadywał. Żeby mu świat na głowie stanął. I żeby mu stanął też. Na samą myśl. Na jedno tylko moje spojrzenie. Taki film rozgrywać miałby się.

Nie dzieje się tak. Wcale a wcale. Bo…

Rzeczywistość relacji męsko-męskich moich obecnie jest taka. Gdy mnie ktoś nie interesuje, to nie szanuję. I to jest słabe. Gdy mnie ktoś interesuje to robię wszystko to czego nie powinienem. Piszę za dużo. Za często pierwszy. Za badzo. Za mocno. Osaczam. Jak ktoś nie pisze to się frustruję. Gotuję w sobie. Kombinuję. Dzwonić próbuję. Jak świr. Wariat. Przestraszam. Szybko przestaję być ciekawy. A że przystojny to za mało. Bo mały. Przystojny, Ale mały. Niski. Taki jakiś jestem. I mały taki w środku chyba też.

I niby miał być teraz okres kiedy miałem się bzykać i dochodzić do siebie. Tego, że szczęśliwy jestem sam i mam dobry seks. Po raz pierwszy od dawna. Bo jednak częściej słaby mam. I kiedy już umawiam się na taki seks bez zobowiazań, to mi się tu w domu pojawia Pan, który chciałby się zobowiązać jednak, ale po pierwszej wymianie wiadomości, myśli, że ja zbokol jestem. Prawdopodobnie. Bo zanim się wypowie po pytaniu wprost zadanym to ja już napiszę, że nieważne. Że nie pytałem, że to bez znaczenia, że pytanie należy uznać za niebyłe, nieaktualne. Bo pewności brak w pytaniu postawionym. Totalnie. Bo bym nie chciał zrazić przecież. Bo seks Pana, który chciałby się zobowiązać jednak fajny był. Bo penis pierwsza klasa. Bo przecież ja się nawet zobowiążę, byleby tylko sobie dotknąć jeszcze. A reszta może też się ostatecznie fajna okaże. I to też jest słabe. I też brak szacunku jednak chyba wychodzi. Choć tym razem chyba do siebie.

Nie szanuję ludzi.
Ani innych. Ani siebie.
Ani nawet zieleni. Chyba. Też.

I choć niby taki fajny facet jestem. Taki, że zabawny, że wesoły, pozytywny. To jednak w środku jakiś taki nieszanowany. Przez siebie.

No to jak ktoś szanować ma mnie?
No nie ma jak.

I tylko teraz zastanawiam się, co z tym zrobić poza nieprzesypianiem nocy wyrzucając z siebie to.

Halo?! Psycholog?!
Proszę przyjechać na bloga.

Ijo ijo ijo ijo… emocjonalny OIOM dzisiaj.

Serio.

Moje życie jest ostatnio jak jedzenie starego makaronu… ledwie się człowiek nachapie, nasyci… a już ma niestrawność. Co się polepszy, to się popieprzy… i to moja wina. Zdecydowanie. Działam bez pomyślunku, na szybko, by zabić jakiś dziwny niepokój. Słaba ucieczka, bo choćbyś nie wiem jak uciekał, to i tak dopadną Cię… KON SE KWEN CJE!

Dopadły… wszystko się przesuwa… w czasie… a ja już bym chciał! Już bym się rwał! Już bym wszystko miał!

Ehhh…

Zegar tyka. Czas ucieka.
Zdecydowałem się spróbować. W ostatniej chwili.
Podążać za marzeniami.

Można by pomyśleć, że… że chciałbym się cofać.
Ale czy gdy alkohol się cofnie w trakcie imprezy, to kac rano nie jest dużo mniejszy?

Czy jeśli teraz nie podejmę ważnej i trudnej decyzji to w ostatecznym życiowym rozrachunku nie będę czuł, że jednak dobrze zrobiłem.
Że chociaż spróbowałem. Udało się bądź nie. Spodobało się bądź nie.

Spróbowałem. I nigdy sobie nie będę musiał mówić, że nie zrobiłem nic by zrobić to… by spróbować… by aplikować….

Podążam, za tym co czuję.
Wreszcie, po 10 latach.
Ciągłego chyba chcę, chyba zrobię, chyba już czas, chyba chyba chyba chyba…

I po co te studia, i po co te wszystkie starania, i to wszystko co do tej pory zrobiłem, wypracowałem, czego się nauczyłem, osiągnąłem.

Po nic. I co z tego?
Jestem wolnym człowiekiem. Świat stoi otworem. Nic straconego… chyba… chyba jeszcze nie jest za późno… chyba jest jeszcze czas… chyba…

Chciałbym spędzić życie w chmurach… i nie obchodzi mnie czy… tego samego życzy sobie wewnętrzna ambicja zawodowa, znajomi, rodzina… przecież życie jest po to, żeby iść przez nie robiąc to co sprawia Ci przyjemność, by cieszyć się każdą chwilą…

I ja chciałbym tak żyć. Chwytam życie za bary. Zobaczymy jakie życie piszą mi horoskopy. Ale wierzę w to, że los jest dobry, i zawsze obiera dla nas najlepsze scenariusze. Że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Porażki, które mam za sobą nie były bez sensu. W najlepszym wypadku czegoś mnie nauczyły, wzmocniły mnie, dodały odwagi, otworzyły oczy, pokazały jaki świat jest piękny…

Cieszę się, że żyję… kocham żyć… i chcę czuć się wolnym, robić to co czuję… i będę… jedno życie mam, głupi nie jestem, brzydki nie jestem… chyba… chyba… chyba…

Z całą pewnością spróbowałem i… będę próbował…

wchodzenie w dorosłość to chyba jeden z najtrudniejszych przypadków wchodzenia.

wolę wchodzić nawet do przegrzanego, przepełnionego i przepoconego busa… wsadzę sobie gumę do żucia do nosa i jakoś dojadę, rękawem perfumowanym nos zasłonię… i dam radę zaciskając różne rzeczy. głównie pięści.

Ale teraz wchodzę w dorosłość. Analizuję możliwości.
Oglądam mieszkania. Jaram się, wizję mam już siebie tam na tym balkonie wśród donic z paprykami chilli, już sedes mi się widzi jako tron do gazety czytania, taki mój się ten sedes na zdjęciu wydaje, kuchnia taka, że już w głowie mam wizję kotletów klupania… już w sypialni widzę sceny takie, że lepiej nóg z częścią biodrową spod biurka nie wysuwać, bo w pracy nie wypada…

a potem na cenę patrzę i schnę po tym jak mi przez chwilę mokro było.
i analizuję na nowo. rachuję, dzielę, mnożę, dodaję… i…

By się niby dało.
Ale od niby jest niebezpiecznie blisko do na niby by się dało.

I wiem, że nie mam źle. Że ludzie gorzej, że mniejsze perspektywy mają.
Czasem wcale ich nie mają.

Ja mam i wydziwiam.
bo chciałbym ładnie i godnie.
w bloku wysokim, z centralnym ogrzewaniem i bez boazerii w przedpokoju.

wielkie mi kurna cuda.

ale cudów by wielkich kurna trzeba, żeby sobie na takie wydziwianie pozwolić… go mać!

To nie miał być z założenia smutny blog.
I moje życie z założenia nie jest smutne.

A mimo wszystko, chwile słabości ostatnio biorą górę.
Egzystuję.
Kolejny miesiąc.

W pracy niepewnie. Zarabiam dobrze, pracę mam dobrą.
Ale na wskroś niepewną.

Pewność mam, że kocham.
I jest to uczucie pełne.
Tu się układa.
Mam wsparcie, staram się wspierać. Bo obydwoje ciężkie chwile teraz mamy.

Życie to jednak podła suka.

Wysyłam, i taka zgaduj-zgadula. Kto będzie pierwszy.
Ja czy mój szef…

Ale jak zawsze pewność mam.
To nie przez przypadek.
Życie daje znak.
Łap okazję.
Druga będzie… nie wiadomo kiedy.

Sam za siebie trzymam kciuki.
Nie to, żeby nie miał kto.
Ale po co?

Opaski szczęścia, od obwoźnych handlarzy szczęścia z Mediolanu na ręce mam.

Hubba-bubba i do przodu!

takie tam…

1 komentarz

wypełnia mnie po brzegi. całego.

paraliżuje. odbiera rozsądek.
zabiera uśmiech i chęci.
toczy się w mojej krwi, zalewa.

nie mam siły. nie mam ochoty.
właściwie to mnie nie ma we mnie zbyt wiele.

smutek.

dzień dobry jestem Wojtek, i od tygodnia smutek to moje drugie imię.
i nie bardzo wiem, kiedy się to zmieni…

bye bye

Brak komentarzy

były gorsze dni,
czy minęły?
nie wiem sam,

idzie nowe, w ryrtmie szybszym niż mój własny.

przestaję się czuć jak we własnej skórze. choć sam chyba do końca nie wiem jaka ona jest. robię to co mi karzą. działam jak trybik. powinienem już dawno. powinęła się już dawno. noga. ręka.
mózg na ścianie zaczynamy odliczanie.

ja odpadam w trzeciej rundzie. telewidzowie nie mają głosu. jury zgarnia wszystko.

rozglądam się.

za nową pracą. nowymi perspektywami. by teraz już zdać egzamin z bycia szefem bezbłędnie.
da się tak?

ja to przeżywam całym sobą.
nie potrafię.

łamię się. piję. pewnie tak jak oni.

mam ich duszę na ramieniu,

nie chcę. nie mogę. nie potrafię,

nie będę.

prawdopodobnie.

 

zwolniłem.


  • RSS